Kiedyś, któryś z moich znajomych komputer i system operacyjny porównał do łopaty – wtedy podchodziłem do tego nieco inaczej, dziś zgodzę się w 100%.
Arch Linux
Od dłuższego czasu na “biurku” używałem Arch Linuxa, którego bardzo lubię za pacmana, przejrzystość, szybkość działania i – uwaga, problemy, które są z nim nierozłącznie związane, a rozwiązanie ich przynosi frajdę. Jednak, jak wspominałem wcześniej, komputer stał się dla mnie przede wszystkim narzędziem pracy, dlatego moje oczekiwania się nieco zmieniły.
Arch “przegiął”, w momencie w którym pojawiły się niezrozumiałe dla mnie problemy połączenia GTK i KDE. Problem objawiał się np pustym oknem zapisywania pliku w gimpie, które po godzinnej pracy potrafiło doprowadzić do szału. Po którymś razie, pustych logach i braku pomysłu na rozwiązanie problemu postanowiłem coś z tym zrobić.
Na nowiutkim dysku postanowiłem zainstalować sobie windowsa, dlatego, że czasem się przydaje, mam na niego licencje, oraz na nowo archa, tym razem z xfce4. Podzieliłem dysk na 20gb partycje dla windowsa i resztę na linuksa.
Windows Xp
Instalacje zacząłem od windowsa. Długi czas nie robiłem tego u siebie, wiele razy dla klientów, powtarzając jaki jest on niewygodny.
Tym razem postanowiłem się źle nie nastawiać. Instalacja przebiegła zastanawiająco szybko i bez problemów. Po 3 godzinach miałem system, najważniejsze oprogramowanie i obsługę całego sprzętu – którego troszkę mam. To zachęciło mnie do zasiedzenia się na dłuższą chwilę na systemie Microsoftu.
Znalazłem bardzo dużo przeportowanych z linuksa narzędzi, bez których nie wyobrażam sobie korzystania z komputera. Bluefish (który niestety chodzi pod windowsem wyraźnie gorzej niż natywnie na linuksie), kadu a nawet sshfs. Wszystko nabrało formy znośnej do użytkowania, przy zachowaniu zastrzeżeń licencyjnych. Znośnej, jednak niezbyt wygodnej. Nie udało mi się znaleźć żadnego rozsądnego terminala do połączeń ssh. Najbardziej znany, darmowy putty, jest po prostu niewygodny, nie da się w nim otworzyć konsoli na cały monitor, ma problemy z różnymi kodowaniami, a kopiowanie i wklejanie z i do terminala jest rozwiązane po prostu idiotycznie. Wspomniana bezpłatność to chyba jego największa zaleta. Problemy zaczęły się również z kadu, po jakimś czasie zaczęło chodzić wyraźnie wolniej i czasem się zacinać. Denerwował mnie brak możliwości wklejania poprzez kliknięcie kółka myszki i normalnej konsoli, w której można szybko zbadać jakiś zewnętrzny host, użyć wgeta itp (są oczywiście cygwiny i inne, ale używanie tego to makabra).
Sam system, mimo bardzo sporadycznego wyłączania go pozostał jednak szybki i stabilny, co było dla mnie pewnego rodzaju zaskoczeniem. Być może, okres przez jaki go używałem (dwa tygodnie?) był po prostu za krótki.
Myśl o instalacji całego sprzętu (2 skanery, drukarka all-in-one, druga drukarka, karta tv, dwa monitory), na Arch’u skutecznie mnie zniechęciła do ponownej instalacji tego systemu.
Mandriva Xtreme 4
Nie lubię klikalnych linuksów. Ubuntu, w którym wszystko można wyklikać, ale gdy coś nie działa, pozostaje nam zmienić system (bo to co tworzą konfiguratory jest nie do pojęcia dla ludzkiego umysłu) i przejścia chociażby z Debianem Etch, czy starą mandrivą (wtedy to było chyba jeszcze mandrake) upewniły mnie w tym stanowisku. Wkurzała mnie też jeszcze jedna rzecz – zamknięte licencje, a zasadzie brak dostarczonych programów strzeżonych takimi licencjami z dystrybucjami. O ile w archu dało się to dość prosto ominąć, tak duża część dystrybucji pod tym względem puszczała użytkownika w pole. Często dogranie takich rzeczy jak kodeki, czy flash (bez których system zdaje się być delikatnie bezużyteczny), rozwala kompletnie integralność systemu, powodując tym samym problemy przy wgrywaniu innych programów czy aktualizacji systemu.
Pomysł na mandrive Xtreme 4 zrodził się od Maćka, który od dawna tego systemu używa i chętnie odpowiedział mi na wszystkie nurtujące pytania.
Instalacja była banalnie prosta. To nawet za mało powiedziane, była idiotycznie prosta – chyba aż za, bo instalator praktycznie w ogóle nie zadawał pytań, nie dał mi nawet wybrać oprogramowania, które chcę zainstalować. Proces trwał dość długo – około godziny.
Po instalacji, pierwsze uruchomienie na początku przeraża a potem zachwyca. Przeraża czasem – trwa strasznie długo, a zachwyca efektem. Otrzymujemy wstępnie skonfigurowany, wyposażony w bardzo skrupulatnie dobrany zestaw programów system.
Po instalacji zabrałem się za sprzęt, którego obsługa jest dla mnie bardzo ważna. Tutaj pełne zaskoczenie. Gdy chciałem zainstalować drukarki i skanery, okazało się, że zainstalowały się one same. Pozostało mi z nich po prostu korzystać. Karta TV o której wspominałem już na tym blogu – również została przeze mnie bez problemu uruchomiona.
W jeden wieczór doinstalowałem wszystko czego potrzebuję, choć były to raczej drobiazgi, bo system zawiera naprawdę fajny zestaw tego, co na co dzień może się przydać.
System spełnił moje wymagania i najprawdopodobniej zostanę z nim na dłużej.